Myśli niespolszczone, czyli o NARODZIE! 2012-02-06 19:08:11

Pominę sobie to, że prawie dwa lata nie odwiedzałam mojego bloga.

 W każdym razie.

 Chyba każdy słyszał o sprawie sześciomiesięcznej Madzi, którą "zabiła matka". Ludzie, litości. Po co oceniać kogoś, kogo nie znamy? Ale nie, Polacy zawsze wiedzą najlepiej i jeszcze przed sekcją zwłok maleństwa okrzyknęli jego matkę morderczynią, nieludzką i wręcz bezuczuciową. Przecież nikt nie wie, co ona czuła. Może doznała szoku, potem bała się przyznać, bała się właśnie takiej reakcji. Nie bronię jej zachowania, po prostu ocenianie zachowań innych leży tak głęboko w naszej polskiej  naturze, że stało się to sportem narodowym. Wiadomym jest, że Polacy zawsze o wszytkim wiedzą najlepiej i są ekspertami we wszystkim, począwszy od piłki nożnej, poprzez taniec, na medycynie kończąc. Zauważmy też, jak łatwo przyszło nam obrócić współczucie w nienawiść. Pomijam fakt, że przez kilka dni wszyscy Polacy zjednoczyli się w sprawie Magdy, wszyscy jej szukali, wszyscy obserwowali sprawę. Obecnie wróciliśmy do etapu "hurra, mamy kolejny powód do dyskusji! znów możemy się kłocić i wzajemnie krytykować". Błagam. Umarło małe dziecko, o którym wszyscy już chyba zapomnieli. Bo co teraz robimy? Oceniamy matkę Magdy. Nikomu oczywiście do głowy nie przyjdzie, że śmierć dziecka mogłą nie wynikać z jej winy (co innego ukrcie ciała i wymyślenie całej sytuacji, ale to już inna sprawa). Nikt nie powie o tym, że to ona najprawdopodobniej najbardziej przeżywa śmierć dziecka. WŁASNEGO DZIECKA. A panie zapalające znicze i zostawiające misie w miejscu znalezienia ciała dają sobie prawo do oceniania sytuacji, w której nigdy nie były. Po prostu powinniśmy sobie w końcu uświadomić, że nie znamy się na wszystkim i że nie wszystko jest takie proste, na jakie może wyglądać. Są rzeczy, których nie jesteśmy w stanie pojąć, dlatego nie powinniśmy ich oceniać. W świecie jest mnóstwo kolorów, a my Polacy wciąż chcemy żyć w tym czarno białym.

Tagi: polska, polacy, magda, znaleziono ciało magdy, mentalność polska

skomentuj (0)

Myśli niedokończone - Karolciak nienawidzi swoich urodzin. 2010-02-01 21:29:36

Mimo iż lat mam naście, przeraża mnie proces starzenia. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że będę miała zmarszczki, bo ani trochę mi to nie przeszkadza. Ale może po kolei...
 Urodziny moich rówieśników najczęściej obchodzone są w gronie ich przyjaciół, podczas hucznych lub kameralnych imprez, w klubach czy w domach. Może w gronie rodzinnym. Jest tort, są świeczki i prezenty. Brawo, zmierzasz do dorosłości! Hura.
 Czy tylko dla mnie nie jest to powód do radości? Wcale nie chcę być dorosła. Już teraz życie jest trudne, a mój pesymizm nie pozwala mi patrzeć w przyszłość przez różowe okulary. Co więcej, mam wrażenie, że będzie jeszcze gorzej. Stan mojej macierzy raczej nie ulegnie poprawie. Coś mi się widzi, że jak już osiągnę pełnoletność pożegnam się z wakacjami, a przywitam ladę jakiegoś sklepu, czy innego McDonalda. Ale nawet nie o to chodzi. Będzie ta cholerna siedemnastka, potem osiemnastka. Różowy dowód, może prawo jazdy. Potem matura... no i co dalej? Być może jestem dziwna, że już w tej chwili się tym przejmuję. Może to nie do końca dobrze. Całkiem prawdopodobne, że jestem nienormalna i po prostu nakręcam się strachem.
 Szczerze powiedziawszy najbardziej dobija mnie fakt, że to wcale nie ja mam wpływ na moje przyszłe życie. Któż najpierw? Przede wszystkim LUDZIE (tak, ci źli i okropni ludzie, którzy naruszają zawsze granicę wolności, pchają swoje myśli w myśli innych i generalnie są przerażający). To otoczenie decyduje o moim samopuczuciu. Mój humor zależy od tego, co zrobią inni; czy mama każe mi sprzątać, czy zobaczę w tramwaju płaczące dziecko, czy w szkole ktoś powie mi coś przykrego. Za sampoczuciem zać murem stoi twardo ogólnie pojęta chęć do życia. Wiadomo, że jeśli humor mamy podły, to nic nam się nie chche. Przydałaby się jakaś silna motywacja, żeby nie utopić się w samoużalaniu się nad sobą.
 Tak poza tym, to dlaczego Karolciak nie cierpi swoich urodzin? Jak to leciało?
 *DUM, DUM, impreza rodzinna. Wjeżdża tort.
 X - Tort? Kto ma dzisiaj urodziny?
 Y - No... Karolina!
 Z - Karolina? Które?*
 Kurczę no. Karolina? Kto to?
 Wywalcie mnie ze swojego życia. Nie chcę tam być. Ciekawe, czy trudno jest być samotną wyspą. Ciekawe, czy człowiek w ogóle może być naprawdę samotny. Jak to napisał Cortazar? Pozwolę sobie przytoczyć ten cudowny fragment.

"...dopiero teraz pomyślał o tym, co może powinno było przyjść mu na myśl od samego początku: bez posiadania siebie, nie można posiadać innych, a któż naprawdę posiada siebie samego? Któż miałby aż tak dosyć siebie, czy też samotności, żeby nie zadowalając się własnym towarzystwem szukać rozrywek w kinie, w burdelu, u przyjaciół, albo w absorbującej pracy czy też małżeństwie, po to, aby zostać chociażby samotnym-wśród-innych? W ten sposób - paradoksalnie - szczyt samotności prowadziłby do szczytu życia w stadzie, do wielkiego złudzenia, którym jest towarzystwo innych, do samotnika w celi pełnej luster i ech. Ale ludzie podobni jemu i tylu innym, ludzie sami siebie akceptujący (lub odrzucający, ale tacy, którzy dobrze samych siebie znają) wkraczają w najokropniejszy paradoks: stojąc na samym kręgu odmienności nie są w stanie przekroczyć jej granicy. Prawdziwa odmienność, zrobiona z najdelikatniejszych zbliżeń, z cudownych dostrojeń się do świata, nie może spełniać się jednostronnie: wyciągniętej ręce musi odpowiadać jakaś inna, z zewnątrz, skądinąd."

 I właśnie dlatego przeraża mnie świat dorosłych. Póki byliśmy mali, mogliśmy marzyć o czym sobie chcemy, opowiadać różne dziwne bajki, a wszyscy tylko zachwycali się naszą bujną wyobraźnią. Wątpię, czy jako dwudziestolatka zostałabym uznana za osobę normalną, jeśli wokół głosiłabym interesujące opinie o pochodzeniu moich maskotek, albo o wymyślonym życiorysie mężczyzny, którego każdego ranka widzę w autobusie.
 Dajcie mi siłę, ten świat jest jeszcze bardziej dziwny, niż mój chaotyczny rozum.

skomentuj (0)

Myśli niedokończone... Karolciak bazgroli o ludziach. 2009-06-02 14:11:39

 W sumie całkiem niedawno zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę skłania ludzi do plotkowania. Co takiego szczególnego widzimy w opowiedzeniu komuś o tej trzeciej osobie? Chyba każdy z nas wieloktornie słyszał, może nawet był świadkiem, pewnego stereotypu. Starsze panie spotykające się na zakupach (ew. po kościele, przed kościołem, bla, bla, bla) i spekulujące na najróżniejsze tematy. A jak to córka Nowaków się puściła i ma bękarta, a że ponoć taki mały rojber z niego! A jak to ksiądz wczoraj pożyczył Żeromskiemu na piwo, a jak to... i tamto! Wiele znanych mi osób często mówi, że nie interesuje ich życie innych ludzi, że przecież to nie ich sprawa. Często jednak wychodzi w tym momencie tak zwana hipokryzja, bo chwilę później dowiaduję się, że Asia z 3a zamknęła się w łazience z Tomkiem z 3c. Wybornie. Te dwie przykładowe sytuację skłoniły mnie do stwierdzenia (które już wiele razy padało z moich ust), że ludzie nie mogą bez siebie żyć. Potrzebujemy tematów do rozmów, żeby się komunikować, a ile można konwersować o rzeczach martwych? Nawet dla mnie (jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało) ciekawszym jest polemizowanie o ludzkich zachowaniach, reakcjach, emocjach... o czymś, co istnieje, co jest dynamiczne, zmienne i niestałe. Przechodząc codziennie koło tego samego drzewa nie będziemy o nim mówili, przynajmniej póki nie zostanie uszkodzone bądź ścięte. Kiedy zaś idąc do szkoły/pracy/blablabla zawsze mijamy tę Hankę z parteru, zawsze zwrócimy uwagę, że dziś ma nowe buty, że wczoraj widzieliśmy ją z chłopakiem, że przez ostatni tydzień nie uśmiechnęła się do nas ani razu. Wniosek - przyciągają nas rzeczy dynamiczne. Jednak to stwierdzenie niesie za sobą pewne ryzyko. Czy człowiek jest w stanie osiąść w prawdziwym spokoju i pozostać niezmiennym przez, dajmy na to, całe życie? Ja bym tak nie mogła. Są ludzie, którzy nie lubią zmian, osobiście też nie jestem ich specjalną zwolenniczką, to chyba wynika z jakiegoś tam sentymentu. Wracając do tematu. Siła zmiany zależy już, jak sądzę (a może raczej: mam nadzieję), od ludzkiego charakteru. Potrzeba zmiany - silniejsza lub słabsza. Z drugiej jednak strony, myślę o tych, którzy naprawdę takich modyfikacji mogą nie lubić. Cóż więc z nimi? Póki żyją w społeczeństwie są na deformacje (mniejsza lub większe) skazani. Bo tak naprawdę kto z nas ma wpływ na to, co dzieje się wokół niego? Idąc po ulicy nie możemy przewidzieć, co stanie się za chwilę. Jesteśmy na siebie skazani. Zależności są wszędzie, jakkolwiek dHramatycznie by to nie zabrzmiało. 

skomentuj (0)